O rozpoznawaniu emocji na zdjęciach

Dziś wracamy pamięcią do wydarzenia z maja. Janek ostatnio co najmniej kilka razy dziennie chce oglądać te zdjęcia.

Autyzm kojarzony jest z trudnościami w odczytywaniu emocji. Nie mam zamiaru mądrzyć się w temacie, ale wydaje mi się, że to nie do końca można w ten sposób uprościć.
Przeprowadzono szereg badań, polegających na tym, że kazano autystom nazwać, czy określić emocje zaprezentowane na zdjęciach. Okazuje się, że w odniesieniu do grupy „kontrolnej”, zapewne w pełni neurotypowej, wypadają gorzej… Jednakże przeprowadzono też inne badania – na postaciach z bajek i kreskówek – tutaj z kolei nie było znaczących różnic.
Przebadano też autysów pod kątem okazywania współczucia i empatii w różnych sytuacjach. I tu również okazuje się, że „nie jest z nimi aż tak źle”, jak to maluje dr google.

Podczas konferencji jeden z uczestków w spektrum, zapytany o to, czy jest empatyczny, czy nie opowiedział historię: podczas obozu, jeden z kolegów, dosyć poważnie zranił się w nogę. Podczas kiedy wszyscy dookoła, jak to sam nazwał, „ojojowali” i współczuli poszkodowanemu, on przeszedł do konkretnego działania i opatrzył chłopakowi fachowo ranę.
Pytanie się rodzi: kto bardziej pomógł? Ojojujący, czy działający?
Podobnie jest z ludźmi na zdjęciu… Podopiecznymi Środowiskowego Domu Samopocy z Osieka. Czy faktycznie trzeba nad nimi ojojować? Ojojoj jacy biedni, poszkodowani przez los ludzie… Ojojoj nic ich w życiu nie czeka… Ojojoj jaka szkoda, że ich to spotkało… Ojojoj a tacy niektórzy fajni przecież…. Ojojojojojojoj! „Czy muszę smucić się?”
Wydaje mi się, że litość i współczucie jakie tym ludziom okazujemy, paradoksalnie czyni więcej szkody niż pożytku… Bo niby dlaczego mamy okazywać im litość? Określać mianem poszkodowanych? Jeżeli oni sami w ten sposób się nie czują i nie chcą tak się czuć. Na zdjęciu z Krzyśkiem przy grillu, stoi drugi Krzysiek… Ten najmocniej poszkodowany chyba, bo ma trudności w poruszaniu się… Tyle że chłopak dziennie zrobi więcej kilometrów niż ci co nie są poszkodowani. Nie zrażają go odległości jakie musi przemierzyć. Ktoś się zatrzyma i podwiezie – super, jeżeli tak się nie stanie – idzie dalej, aż dotrze do celu. Do tego świetnie gotuje. Zaskakuje swoją wiedzą o przyrządzaniu potraw i jedzeniu. Miałam okazję ostatnio z nim znowu rozmawiać. Wiele można się nauczyć od niego. Nie zmyślam. Dziewczyny z ŚDP pewnie potwierdzą. Nie zapłaciłam im 😀

A wracając do emocji… Janek uwielbia oglądać te zdjęcia. Nazywa to, co się na nich znajduje. Najważniejsze słowa jakie padają to: Wilson, taczka, mama, tata, dziaidziuś, Ninka, buty, wow i amazing! 😀 To już sporo zważywszy, że mówi bardzo niewiele jeszcze. Ale zawsze odpowiada uśmiechem na uśmiech na zdjęciu. Uwielbia te zdjęcia, gdzie widać radość, zaciekawienie, ekscytację. Więc chyba je rozumie? Na pewno miałby problem z bardziej złożonymi emocjami. Ale czy to nie nasza wina? Ile razy próbujemy wyrazem twarzy oszukać? Przeinaczyć? Pełny uśmiech na twarzy – a w głowie same najgorsze myśli…

Kolejna ważna rzecz – chyba nigdzie nie uśmiechamy się tak bardzo, jak wśród tych ludzi… Przebywanie z nimi powoduje to, że możemy w pełni być sobą. Nie musimy udawać, bo oni też nie udają. Wszystko wyjaśniają sobie z marszu.
Każdy najdrobniejszy żal. Wszystko jest rozpracowane od razu, bez czekania w głowie na to aż urośnie i wybuchnie, jak wulkan.
Mi też zdarza się gromadzić różne bezsensowne żale…
Uważam, że mamy się czego uczyć od nich.
Marta ostatnio opowiadała o Ani. Że wszędzie gdzie się pojawi ma od razu pełno cioć i wujków. Jednoczy wokół siebie ludzi. Tyle że chyba najgorsze co można jej dać w zamian to litość nad nią i okazywanie na każdym kroku współczucia, bo wydaje mi się, że to zamiast podnosić, bardziej ją przytłacza…

Tak samo jak mój przyjaciel Dominik, który na swoim rowerze, zrobił już chyba więcej km niż ja, a ma MPD i nie chodzi.
Ma spore przykurcze, a przeszedł całego Mario!
Sobie zaczęłam bardziej współczuć niż jemu 😀 Zazdrość mnie zżera i muszę zacząć mobilizować siły, żeby mu choć spróbować dorównać. 😀

Nie do końca umiem nazwać swoje myśli słowami, ale wydaje mi się, że tą potrzebą litowania się nad „takimi ludźmi”, izolujemy ich i właśnie tym przyczyniamy się do ich cierpienia. Bo oni, podobnie jak autyści, nie widzą potrzeby litowania się nad sobą, ani współczucia im z powodu ich inności.
Sama trochę późno to zrozumiałam. Może i nie dobrze to zrozumiałam.
Jeżeli źle, to wyprowadźcie mnie z błędu.

Dodaj komentarz