Emejzyn’!

Parę słów o niszczycielskiej sile oczekiwań i Janie z szafy.

Miewacie oczekiwania? Pewnie – każdy je ma. Względem miejsc, przedmiotów, osób…
Oczekuję, że jak wybiorę się do restauracji, to czeka mnie tam smaczny obiad.
Oczekuję, że jak pójdę na wizytę do lekarza, to czeka mnie tam trafiona diagnoza.
Oczekuję, że dentysta w zamian za swoje wynagrodzenie naprawi mi ząb.
Oczekuję, że sklep, w którym zamówiłam towar… itd. Bez sensu mnożyć.

Ale są też inne oczekiwania – względem najbliższych.
Względem dzieci.
Zacznijmy od początku – 2 paski na teście – ciąża. Na świat ma przyjść człowiek. Człowiek, względem którego, jego najbliżsi już mają oczekiwania – że będzie zdrowy, że będzie fajny, że będzie zabawny, towarzyski, radosny, spokojny, uśmiechnięty, przesypiający noce, mający dobry apetyt, nie gardzący matczynym mlekiem, niechorujący, słodki, budzący zachwyt każdego z kim się zetknie.

Czasami oczekiwania się spełniają po części, czasami wcale, czasami okazuje się, że się nam zupełnie co innego wydawało…

Przychodzi kolejny etap życia tego młodego człowieka. Bardzo trafnie pisze o tym Janusz Korczak.

Wychowani sami w deprawującem bezwładnem oczekiwaniu tego, co będzie, ciągle spieszymy się w czarów pełną przyszłość.
Leniwi nie chcemy szukać piękna w dniu dzisiejszym, aby przygotować się na dostojne przyjęcie jutrzejszego poranku; jutro samo ma przynieść natchnienie.

Czem jest owo: „gdyby już chodziło, mówiło“ — czem, jeśli nie histerją oczekiwania?

Będzie chodziło, będzie obijało boki o twarde kanty dębowych krzeseł. Będzie mówiło, będzie mełło językiem sieczkę codziennej szarzyzny.

Czem to dziś dziecka gorsze, bezcenniejsze od jutra? Jeśli o trud chodzi, ono będzie trudniejsze.

Gdy wreszcie jest już jutro, czekamy na nowe. Bo zasadniczy pogląd: dziecko nie jest a będzie, nie wie a będzie wiedziało, nie może, a dopiero będzie mogło, zmusza do ciągłego oczekiwania.

Co z niego będzie, co wyrośnie? – pytamy się z niepokojem. Pragniemy, by dzieci lepsze od nas były. Śni nam się doskonały człowiek przyszłości.

Macie tak? Maaaaaacie! Może nie wszyscy, ale chyba macie.

Oczekiwania to obosieczna broń, bo niszczy zarówno tego, który je ma. I tego, względem którego są kierowane.

Wiele rozmów miałam okazję odbyć z mamami dzieci ze spektrum. Tym, co najczęściej jest najtrudniejsze dla nich do pogodzenia się, to to, że oczekiwania jakie miały względem swoich dzieci – w ich odczuciu, nie spełniają się ani też nie spełnią się w przyszłości. Pragną normalności, zwyczajności swoich dzieci. A nie jakichś dziwactw. Kręcenia talerzem. Machania rękami. Chodzenia na palcach. Itd…

Oczekiwania mogą być bardzo przyziemne i w zależności od człowieka, skrajnie różne – jedni pragną tego, żeby dziecko mówiło, inni tego, żeby było samodzielne, jeszcze inni, żeby osiągnęło sukces w jakiejś dziedzinie… cała masa tego.
Film pokazuje Wam dlatego, bo Janek znowu nie śpi w nocy, bo po domu przeleciał wirus jakiegoś paskudnego przeziębienia.
Jednak ja oczekiwałabym, że skoro sama się rozchorowałam to Janek mógłby jednak spać w nocy, żebym też mogła odespać swoje.
On tymczasem wlazł do szafy, wywalając z niej wszystko, co tam było prawie.


Podczas tego krótkiego posiedzenia w szafie:
– nawiązywał ze mną długi kontakt wzrokowy (coś na co niektórzy rodzice bardzo mocno czekają),
– opowiadał jakąś historyjkę,
– śpiewał,
– powtarzał, że jemu jest emejzyn,


– później się przytulił i coś do mnie gadał. Coś o zwierzętach. Później koniecznie chciał pokazać mi pingwiny, których dawno nie widział. I chciał pokazać swoją radość.

A ja byłam zajęta myśleniem o niespełnionych oczekiwaniach.

I tak żyjemy sobie tymi oczekiwaniami. Najgorzej jest (z góry was przepraszam, jeżeli moje słowa zbyt gorzkie są w odbiorze – uwierzcie mi, że ja do siebie samej też je kieruje 🙂 ), najgorzej jest, gdy zaczynamy żyć tą wizją tego co ma się w naszym odczuciu nigdy nie wydarzyć… To bardzo niebezpieczna pułapka. Przestrzegam przed tym, bo może nas zaprowadzić na samo dno „otchłani rozpaczy”, jak mawiała Ania Shirley. Ta z Zielonego Wzgórza.

A na dnie otchłani rozpaczy zapomnimy o dzisiaj. Zaczynamy nie dostrzegać postępów, kroków, czasami wręcz skoków, albo galopu do celów. Może nie tych, które sami dziecku wyznaczyliśmy, ale zupełnie innych celów. Może jeszcze piękniejszych?

Znów Korczak:
“Czym jest dziecko […]? Czym jest ta połowa ludzkości, żyjąca razem i obok nas w tragicznym rozdwojeniu? Nakładamy na nią brzemię obowiązków jutrzejszego człowieka, nie dając żadnego z praw człowieka dzisiejszego.”
Dziecko nie jest biletem loteryjnym, na który ma paść wygrana portretu w sali posiedzeń magistratu czy biustu w przedsionku teatru. W każdym jest iskra własna, która może rozpalić ogniska szczęścia i prawdy.

Jeśli umiecie diagnozować radość dziecka i jej natężenie, musicie dostrzec,że najwyższa jest radość z pokonanej trudności, osiągniętego celu, odkrytej tajemnicy. Radość triumfu i szczęście samodzielności, opanowania i władania.”

Fajnie jest, jak dziecko ma wysoki poziom odporności na „rozczarowanie” swojego rodzica, czy rodzeństwa, rówieśników.

Ale zdarza się, że nie ma. Nie jest fajne, nie jest towarzyskie, jest nieśmiałe, nie umie nawiązać rozmowy, strach je paraliżuje, przeżywa wszystko 100 razy bardziej, nie uczestniczy w zabawie, izoluje się, zaczyna uciekać… A my nadal oczekujemy, że się zmieni, że będzie inne, lepsze… Po naszemu!

Mocno dotykają mnie takie sytuacje, gdy rodzice czują się zawstydzeni, zniesmaczeni czasami nawet, albo zniechęceni, nieśmiałością swoich dzieci. Najgorsze jest to, jak jeszcze wytkną to, co widać od razu na pierwszy rzut oka, zrobią wyrzut… Tatuś taki otwarty, a córka? Szkoda gadać… Ona zawsze tak… Jeszcze dodajmy te słowa – znowu mnie zawiodłeś/zawiodłaś… Ojjjjj!

Tak jak mamy układ odpornościowy, który chroni nas przed wirusami – mamy też psychologiczny układ odpornościowy, który nam pomaga przetrwać trudne chwile. To on ratuje nas w bardzo trudnych momentach naszego życia, pozwala przetrwać stresujące sytuacje, pozwala się uspokoić po ciężkim dniu. Ma też jednak swoje granice. To tak jak z odpornością na choroby – kiedy bariera zostanie złamana, nie dzieje się dobrze.

Istnieją badania, które pokazują, że od 67% do aż 96% osób, ocenia samych siebie lepiej niż przeciętnie. Ponad 90% kierowców może się pochwalić ponadprzeciętnymi umiejętnościami prowadzenia auta – a przynajmniej tak uważa. W badaniach przeprowadzonych wśród wykładowców akademickich co najmniej 90% badanych ocenia się jako lepszych od przeciętnego kolegi.
Kiedy mężowie i żony szacują, w jakiej części uczestniczą w codziennych pracach domowych suma podawanych przez nich wartości na ogół nawet przekracza 100%. 🙂

Doskonale wiemy, że to niemożliwe, że wszyscy jesteśmy lepsi niż przeciętnie.
Pytanie, które się rodzi – to dobrze, czy źle, że uważamy się za właśnie takich.
Badania pokazują, że osoby, które mają silną skłonność do powyższego wykazują niższy poziom przewlekłego stresu biologicznego.
Jednakże, tak jak ze wszystkim, i z tym można przedobrzyć.
Psychologiczny i biologiczny układ odpornościowy mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. Oba służą nam znakomicie, ale mogą też obrócić się przeciwko nam, jeśli reagują zbyt silnie lub zbyt słabo.
Dzieci, które myślą, że są gorsze od przeciętnych, okrutnie cierpią.
Dzieci, które myślą, że są lepsze od wszystkich, też mogą w przyszłości okrutnie cierpieć, gdy rzeczywistość zweryfikuje to boleśnie.

Często ludzie zarówno z jednej, jak i drugiej strony skali, są osamotnieni. Zaniżony i wygórowany poziom samooceny, może przyczynić się do tego, że zwyczajnie będą nie do zniesienia.

Nie wiem, czy istnieje złoty środek. Nie chcę wkraczać w niebezpieczny wątek psychoterapii, która ma na celu poprawę samooceny. Bo z tym też bywa różnie.

Samoocena może też być zawyżona w jednym obszarze, a w innym zaniżona. I to wszystko u jednego człowieka.

Wydaje mi się, że kluczem do tych zawiłych problemów są wzajemne relacje z drugą osobą. Bliską, daleką, poznaną w internecie, która zechce się pochylić. Szczere rozmowy. Czasami spojrzenie drugiej osoby, może nas wyciągnąć z pułapki błędnej samooceny.

Brakuje tego. Brakuje rozmów. Budowania relacji.
Gonimy za jutrem, a nie zauważamy tego co dzisiaj.
Czas przecieka przez palce.

A Wasze dzieci są emejzyn! Niektóre bardzo „inaczej”! Ale czy to nie wspaniałe? One powodują, że świat jest tak zróżnicowany!

I na zakończenie – mały Jan co zagania Ninę do szafy! 😀

👋😀

Dodaj komentarz